Illness "Mental Carnage" - Recenzja



  Sięgnowszy po muzykę do recenzji, szukałem czegoś na popiątkowego kaca. Illness wyglądało na taki zespół, który się odpala sumiennie do niedzielnych wieczorowych rozmyślań. Gdy siadasz ze szklanką whiskey, jutro wiesz, że musisz iśc do roboty. I jest ci kurwa smutno. I tak się zastanawiasz, gdzie twoje życie zmierza, odpalasz jakiś black metal, żeby dobić się trochę bardziej, albo pomyśleć, kto ma gorzej. A tu kurwa jak nie pierdonęło. Okazało się, że "Mental Carnage" to trafna nazwa. Za tym zwyrodnialskim ponad 40 minutowym kopniakiem stoi Werewolf Promotion. Płyta w całości trafiła w nasze łapska już 12 lutego.

  Zawszę zastanawialiście się co się stanie gdy Polska połączy siły z Norwegią tworząc black metal? Co prawda zespół polski jest, tyle, że po części zaszywający się na mroźnej północy. To wystarczyło, by zachłysnąć tamtejszego klimatu i przenieść go do muzyki. Weźmy ten ciężki, brutalny i smolisty polski klimat blacku. Wymieszajmy go z symfoniką, melodią, wokalami, z klimatem zbliżonym do norweskiego. Powstaje w ten sposób black, kóry potrafi jeszcze zaskoczyć. Prawdziwa symfonia szaleńca. Są tutaj jakieś powolne motywy, intra, outra. Wiadomo, klimatowi trzeba jakoś pomóc, okładka także zobowiązuje. Ale są to zawzwyczaj przejścia między utworami, żeby uderzyć nas kolejnym srogim pierdolnięciem. Powiedziałem "zazwyczaj", ponieważ utwór "Scorn" jest znacznie wolniejszy od poprzedników i słuchając go, ciągle nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że gdzieś Watain za muzykami chodził cały czas, przy drugim odsłuchu zdałem sobie nawet z tego sprawę przy kolejnym odsłuchu odnośnie całego materiału. Na sam koniec jeszcze dostajemy cover zespołu Profanum. Jedyny polski smaczek na płycie. Szybko tutaj też nie będzie. Takie całkiem długie outro. Ale to sam koniec płyty, cała reszta, to srogie baty i krzyki szaleńca. Tematyka wydawało mi się, że nie bardzo pasuje do muzyki, ale z biegiem czasu można podłapać ideę wierzgającego psychopaty. Zakładajac, że jest nim wokalista, bo sam w sobie wokal, jest bardzo norweski, ale przy drugiej połowie utworu "TTX" to zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno nikt w kaftanie tam nie był. Muzycznie nie zapowiada masakry, a szerzy ją na nieprzygotowanych. Z drugiej jednak, jest to wciąż black metal. Kto lubi, ten przełknie każdy mankament, jak choćby drewniana perskusja, niejednokrotnie zapętlone riffy.


  Nie da się powiedzieć o mtym dziele, jako o witnym, bo w blacku ciężko to osiągnąć. Za to połączenie typowej stylistyki dla Polski i Norwegii, nie robiąc żadnej typowej kalki, czy inspiracji, zrobili coś na prawdę całkiem niespodziewanego. Jest to album, który nie zaserwuje niczego nowego, a jednak coś w tym jest, czego nie słyszałem od bardzo dawna. No i za dojebany w swoim rodzaju wokal muszę tutaj winszować. Jak ktoś lubi black metalowy wpierdol, nie zawiedzie się. Z tego co mi jeszcze wiadomo, maja tutaj jeszcze jeden cover, ale znajduje się on tylko na winylu, więc no kurwa, sprawdzić tego nie było mi dane. Za tę zagrywkę, nie wiem czyją i nie wnikam, nie szanuję.

Tracklista:


  1. Hater
  2. Strychnine
  3. Black Cold Hate
  4. TTX
  5. Scorn
  6. Descent Into Medieval Darkness (Profanum cover)
Ocena 3.5/5


Do nabycia:
http://werewolf-webshop.pl/pl/produkt/illness-mental-carnage 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mentor "Cults Crypts and Corpses" - Recenzja

Gorycz "Piach" - Recenzja

Sound of Liberation - Besatt, Mordor - Relacja